in DZIKA STRONA

Czy dopadł Cię syndrom Bambiego?

at
dopadl-cie-syndrom-bambiego

Zdjęcia z pokotu ( uroczysty obrzęd zakończenia zbiorowego polowania) w Pażęcach obiegły internety. Myśliwi podkreślają, że to ważne i doniosłe oddanie hołdu zwierzynie a internauci widzą całe rodziny z krwią na rękach. Bo jak to tak prowadzić dzieci w „opary morderstwa”. Przy okazji takich wydarzeń zawsze pojawia się dyskusja o sensie istnienia myśliwych. Daleka jestem od ich gloryfikacji, nogami i rękami zapierałabym się przed uczestniczeniem w takim wydarzeniu, ale w całej tej dyskusji brakuje mi jednego – wspomnienia o syndromie Bambiego.

Czy wiecie, że myśliwy, który zabił mamę Bambiego został sklasyfikowany na 20 pozycji najgorszych filmowych czarnych charakterów, a nawet nie pojawił się w bajce? Nie będę bronić myśliwych, wychodzę z założenia, że dawniej natura radziła sobie bez nich i nie było większego problemu na przykład z ginącymi gatunkami. Dziś by zwiększyć dobrostan małych zwierząt na danym obszarze trzeba dla przykładu odstrzelić kilka lisów. 

Jednak zacietrzewieni w tej nienawiści do panów ze strzelbami i piórkami w kapeluszach zapominamy o tym, że wielu z nas podatnych jest na „syndrom bambiego”.



Oczy wielkie i brązowe jak kasztany, cherlawe nóżki na których ledwo stoi – słodki jelonek! Puchaty lisek z zawiniętym ogonkiem w bajecznym odcieniu, którego nie powstydziłaby się Pani jesień zdobiąca drzewa. Czy w końcu uroczy zajączek, zawsze z marchewką w reku i klapniętym uszkiem, rozgrzewający nawet najbardziej zimne serce. Taki obraz dzikich zwierząt towarzyszy nam od pierwszych lat życia, między innymi za sprawą Walta Disneya. Infantylizację przyrody często stosują specjaliści z branży reklamowej bo to dobrze się sprzedaje.

Jedne źródła podają, że termin „syndrom bambiego” pojawił się w opracowaniach niemieckich socjologów inni, że w latach 70-tych jako pierwsza napisała o nim amerykańska prasa łowiecka. Nie mniej sens jest ten sam – idealizacja.

Osoby „cierpiące” na syndrom bambiego nie chcą zauważać przyrody i praw natury takimi jakie są. Nie przyjmują do wiadomości, że zwierzęta mogą być brutalne, przebiegłe i bezlitosne. Przecież te słodkie misie z gór nie mogą się wzajemnie atakować a już o zabijaniu nie ma mowy. A lis i zając są przecież najlepszymi kumplami. Takie oderwanie od rzeczywistości zdarza się częściej niż nam się wydaje, a leśnicy podkreślają, że dotyka to głównie mieszkańców dużych miast, którzy na co dzień obcują z przyrodą przechodząc przez park na przystanek tramwajowy.

Człowiek jest tym najgorszym co może spotkać zwierzęta, ale równocześnie najlepszym, bo przecież może je uratować od wszelkiego zła. Dla przykładu. Spacerujemy po lesie, natrafiamy na młodą sarnę czy dzika. W szlachetnym geście i przy porywie serca zabieramy malucha by go „uratować”. I automatycznie zostajemy pouczeni przez leśników, że zrobiliśmy niekoniecznie dobrze. Dlaczego? Trochę pewnie z niewiedzy bo plan nauczania w szkołach jest jaki jest… Młode zwierze nie wydziela tak intensywnego zapachu jak rodzice, nie jest zbyt mobilne i jego ubarwienie można porównać do maskującego – dlatego nie przyciąga uwagi drapieżników. Gdyby stale przebywało z matką sytuacja byłaby inna. Zabierając go od matki często zabieramy mu możliwość powrotu na łono dzikiej natury.

To absolutnie nie oznacza, że powinniśmy zlikwidować wszystkie Pogotowia Leśne i przestać pomagać zwierzynie – potrąconej, rannej, chorej. Jak ze wszystkim pomagać trzeba z głową. Nie można też zapominać, że człowiek uczy się całe życie, a przynajmniej powinien. Świat zwierząt jest fascynujący, ma wiele barw również tych ciemnych, ale warto je poznać by podróże małe i duże nabrały innego znaczenia.