SCHRONISKOWCE

Adopcje – jak to właściwie wyglądało?

by Kasia-
adopcje-wlasciwie-wygladalo

Walentynki spędziliśmy w tym roku w schronisku dla zwierząt. Oczywiście nie całe, ale zgodnie doszliśmy do wniosku, że w ten dzień trzeba okazać też miłość tym potrzebującym. I będąc w schronisku przypomniała mi się cała „procedura” adopcji Mileny. Zupełnie inna niż ta Bezeta, a na dodatek Kuba zapytał… jak to właściwie z Majlis było? No właśnie? Jak?

W grudniu 2014 roku za tęczowy most odeszła Sarcia. Zarzekałam się, że to już koniec z psami. Koniec i kropka nigdy więcej. Nigdy nie mów nigdy wiadomo… Nikt się przecież nie spodziewał, że ktoś z wiewiórka na głowie prezydentem USA zostanie a jednak się to stało.

W maju zaczęłam poszukiwania. Decyzja zapadła. Przeglądałam strony rożnych schronisk i wiedziałam że postawimy na Sopot. Przeglądałam zdjęcia, przeglądałam i pojawiła się ona kanciastogłowa Majlis chociaż wtedy jeszcze Finka.

Pierwsza wycieczka do Schroniska nie była łatwa. Dla nikogo nie jest. Milena siedziała na końcu alejki po lewej stronie w boksie z owczarkiem kaukaskim.
Widok był komiczny bo owczarek widać, w poprzednim życiu był Denisem Rozrabiaką i szalał z kołnierzem zwanym nasa. Picie wody w jego wydaniu to było co lepszego od kabaretu. Milena już wtedy miała w sobie pokłady wewnętrznej diwy i miała mnie w swym ogolonym szczupłym zadku dość głęboko. A ja już byłam pewna, że to ona.

Był nasz pierwszy spacer. Była rozmowa z wolontariuszka i kierownikiem. Byłam pewna, że Majlis jest moja. Jednak musiałyśmy na siebie poczekać prawie miesiąc.

Aż tyle, ponieważ nie mogła opuścić schroniska nie wysterylizowana. A zabieg zbiegł się z upałami i gojenie przebiegało nieco wolniej. Ja w tym czasie ją odwiedzialam i oswajaliśmy się!
Pamietam, że zastanawiałam się co sie z nią dzieje gdy była wielka burza, jak przeżywa upały, czy nie chciałaby się wykapać w morzu… traktowałam ją już jak członka rodziny.

I oto nastąpił dzień wyjścia. Podpisałam umowę adopcjyną, dostałam dane do rejestracji chipa, zapłaciłam całe 30 zł za moją diwę, dostaliśmy książeczkę zdrowia i do domu! Nastąpiło jeszcze „porzucenie” schroniskowej obroży i smyczy, pożegnanie z wolontariuszami i pyk do samochodu.

W przypadku Bezeta było nieco inaczej. Zdecydowaliśmy się na adopcję z fundacji. Pojechaliśmy do hoteliku po innego psa, wróciliśmy z zamiarem adopcji Besosa. Po szerokim wywiadzie z nami, po obserwacji Mileny, jej zachowania względem innych ludzi i zwierząt zostały nam przedstawione propozycje psów dla nas. I wtedy pojawił się on ubrany cały na biało! A w zasadzie obraz nędzy i rozpaczy Bezet… wychudzony, zabiedzony, trochę przestraszony, ale gdzieś z tym diabłem w oczach.

Pierwszy spacer wyszedł bardzo pomyślnie. I na jednym się nie skończyło. Jeździliśmy do niego aż pod Radom, ale mieszkaliśmy wówczas w Warszawie. Nie mniej był to sprawdzian tego czy rzeczywiście nam na nim zależy. I dobrze!

Po 2-3 tygodniach Bezio był gotowy do adopcji. Ostatnia wycieczka do hotelu. Wspólna wizyta u weterynarza, szczepienie, podpisanie umowy adopcyjnej.
W niej ważny zapis, że obligujemy się do kastracji Bezeta do końca roku. Gdyby tak się nie stało mogli nam psa zabrać.
Zdecydowaliśmy się na kastrację we własnym zakresie bo nie chcieliśmy by dłużej tam przebywał.

Jak widzicie adopcja psa ze schroniska to nie jest „skok z bomby”. Wpadacie wybieracie pieska i jedziecie do domu. A przynajmniej wydaje mi się, że dobry schron czy fundacja tak nie zrobi.

Psa warto poznać. Warto porozmawiać z wolontariuszami. Warto dać sobie czas bo w grę wchodzi życie i uczucia żywego stworzenia. Pojawią się probelmy i co wtedy? Powrót do tego „piekiełka”?

Jeśli o opłaty chodzi spotkałam się z najróżniejszymi formami. W niektórych schroniskach płaci się za psa do pewnego wieku. W innych w zależności od gabarytów. Za psa rasowego opłata może być wyższa – „co kraj to obyczaj”. Pamiętajcie, że te pieniądze nie idą na wakacje na Seszelach tylko na funkcjonowanie schroniska, szczepienia, zabiegi, jedzenie.

Share: